Kończy się powoli komunijny miesiąc. W tym roku byliśmy na dwóch komuniach i pozostały takie wspomnienia …
Czas płynie i rosną zaległości w relacjonowaniu tego, co sie dzieje. A w związku z pogodowym ociepleniem w tzw. długi weekend majowy trochę się działo. Wyjechaliśmy na trzy dni do Puszczy Zielonki. Tam odbyliśmy dwie wycieczki rowerowe, niezbyt długie, po 15-20 km, można rzec takie na rozgrzewkę.
Podczas pierwszej z nich spenetrowaliśmy drogi za wsią Pławno w kierunku Poznania i odwiedziliśmy znajdujące się na rozdrożu Uroczyska Maruszka tajemnicze mogiły. Na ich temat krążą różne legendy. Oto niektóre z nich:
Mówi się, że w XIX wieku spotykała się tu para zakochanych: pruski oficer i skromna polska wiejska dziewczyna, którą zwano Maruszką. Nie mogli się pobrać z powodu różnic narodowościowych, więc postanowili wspólnie odebrać sobie życie. Żołnierz najpierw zastrzelił dziewczynę, a później siebie z pożyczonej od gajowego strzelby. Pochowano ich początkowo na rozwidleniu szlaków, ale po przeciwnych stronach drogi, aby zaznaczyć, że ona była Polką, a on – Prusakiem.
Istnieje jeszcze inna wersja legendy tłumaczacej pochodzenie tych mogił. W XVIII wieku Marysia córka kmiecia z Siekierek pod Kostrzynem i jej narzeczony Janek Bugaj tuz po zmówinach udali się z pielgrzymką do Dąbrówki Kościelnej. Tam pośród pielgrzymów zgromadzonych na modlitwie przed kościołem, zauważył Marysię syn siekerkowskiego dziedzica – spodobała mu się i dał to jej do zrozumienia. Marysia jednak wiedziała, że wiejskie dziewczyny, które spodobały się “paniczowi” spotyka raczej nieciekawy los. Oboje zrozpaczonych narzeczonych podczas powrotu z Pielgrzymki zatrzymało się koło karczmy na skrzyżowaniu leśnych dróg. Tam podczas rozmowy uświadomili sobie nieuchronna hańbę czekająca Marysię gdy dostanie się w ręce panicza. Uznali, że lepsza jest śmierć. Jej narzeczony – Janek Bugaj zastrzelił swoją dziewczynę i potem siebie. Pochowano ich na tym rozstaju. W miejscu ich śmierci postawiono krzyż i Matkę Boską. Kapliczka i mogiły są tam do tej pory. Ktoś – jak do tej pory – wymienia spróchniałe brzozowe krzyże – nie pozwalając zapomnieć o mogiłach.
Podobno w pobliskich wioskach panuje przekonanie, iż ta dziewczyna, która będzie dbać o mogiły- zazna szczęścia w miłości. I widać jest to przekonanie poparte doświadczeniem, bo mogiły rzeczywiście są zadbane, a podpisano je: Marysia i Maryś.
Na mnie wrażenie również zrobił las otaczający to miejsce – jest to bór sosnowo-dębowy z domieszką grabów, buków, brzóz, olszy, świerków, jesionów, klonów, lip i jaworów, w wieku 110–150 lat. Bór ten, ma charakter zbliżony do lasów rosnących tu w dawnych wiekach i wspaniale prezentował się w świeżej majowej zieleni.
Następnego dnia wybraliśmy się w innym kierunu – z Kamińska przez Okoniec do Zielonki i stamtąd przez Boduszewo i Rakownię spowrotem do Kamińska. W Zielonce zwiedziliśmy na rowerach tamtejsze arboretum i muszę przyznać, że trochę mnie rozczarowało. Ciągle wygląda jakby było bardzo niedawno założone – a przecież istnieje w tym miejscu już ponad trzydzieści lat! Poza tym jest po prostu dość zaniedbane.
Tu widać fragment arboretum i tamtejsze stawki. Po drugiej stronie drogi też jest staw – zdecydowanie więszy.
W Boduszewie zatrzymaliśmy się na chwilę przy pałacu (tak w każdym razie jest ten obiekt nazywany). Informacje o nim można znaleźć TU. My nie zastaliśmy tam nikogo oprócz malowniczo wyglądającego białego konika pasącego się w ogrodzie.
Obie wycieczki były bardzo przyjemne i z niecierpliwością oczekujemy na możliwość odbycia następnych, nie tylko na terenie Puszczy Zielonki.
Zaledwie kilka dni temu wyruszyłam do ogrodu z aparatem fotograficznym by uwiecznić nieśmiałe oznaki nadciągającej wiosny. Nie zdążyłam się nimi pochwalić, gdy w międzyczasie wiosna przestała zachowywać się nieśmiało i roślinność rośnie niemalże w oczach, a kwiaty kwitną pełną parą. Pokażę jednak jak to wyglądało.
Na początek – forsycja. W tym roku nie można o niej powiedzieć, że była obsypana kwiatami. Było ich niewiele i jak wynika z rozmów z innymi posiadaczami tego krzewu, u nich było podobnie. Widocznie nie był to najlepszy rok dla forsycji. Trochę kwiatów jednak miała i cieszyła nimi oczy.
Dla odmiany bez zapowiada obfite kwitnienie. Na razie jest to obietnica w postaci dużej ilości pączków. Takich jak te:
W cienistych zakamarkach można znaleźć urokliwe fiołki – bardziej i mniej fioletowe …
Berberys, podobnie jak bez, też dopiero przygotowuje się do kwitnienia
Większość tulipanów jeszcze do niedawna wyglądała tak:
Tylko jeden z nich był trochę rozwinięty, dziś już wszystkie tak wyglądają:
Rosną też u mnie szafirki, które zawsze przypominać będą mi moją Babcię – u niej w ogrodzie było ich pełno i nie żal było zrywać ich na bukieciki do wazonu …
Pod płotem natomiast przycupnęły takie małe, skromne, ale pełne uroku białe kwiatki
To wszystko co dzieje się w przyrodzie, coraz cieplejsze i dłuższe dni bardzo cieszą.
Z roku na rok rezerwat Śnieżycowy Jar cieszy sie coraz większą popularnością i ilością odwiedzających. Problem polega na tym, że aby docenić w pełni jego urok, trzeba być tam w pełni kwitnienia śnieżyc – a to nie trwa długo, najwyżej dwa tygodnie. Wtym roku śledziliśmy bacznie komunikaty nadleśnictwa Łopuchówko na temat Jaru i udało się ! Wybralismy się w dzień powszedni, licząc na mniejszy tłok niż w weekend. Dzień był pochmurny, ale dość ciepły, ludzi rzeczywiście niewiele – jednym słowem wycieczka była udana.
Widok olbrzymich połaci porosniętych śnieżycami naprawdę robi wrażenie, którego nie są w stanie oddać żadne zdjęcia. Podjęłam jednak pewne próby.
Na początek ujęcia zbiorowe:
Portrety indywidualne:
Dodać muszę, że w drodze do samego jaru napotkałam mnóstwo przylaszczek, które okazały się chyba bardziej fotogeniczne …
Las wygląda jeszcze trochę zimowo …
… ale po bliższym przyjrzeniu się widać już wiosnę
Wiem, wiem … Ekstremalni rowerzyści jeżdżą cały rok nie bacząc na pogodę. Ja nie jestem ekstremalna i zrobiłam sobie zimową przerwę. Pierwszy cieplejszy weekend był okazją do wyciągnięcia rowerów i odbycia pierwszych po zimie przejażdżek, na razie takich po najbliższej okolicy “na rozgrzewkę”. Przed wyjazdem uwieczniłam jeszcze zeszłoroczny stan licznika (nieco przekłamany, bo licznik miałam nie od początku sezonu), a następnie go wyzerowałam i solennie sobie sama obiecałam w tym roku mieć większe osiągnięcia.
Rowerowy sezon uważam za otwarty!
Ostatni weekend spędziliśmy w Pradze. Poruszaliśmy się po utartych, ale zawsze urokliwych, ścieżkach: Most Karola, Hradczany, Złota Uliczka, Loreta, Strachow, Stare Miasto … Uwagę przykuło jednak coś jeszcze. W pierwszy wieczór po przyjeździe, w trakcie spaceru ulicami Starego Miasta, mój wzrok przyciągnęły wystawy licznych sklepów z kryształami i szkłem. W dzień są one mniej widoczne, natomiast wieczorem, odpowiednio podświetlone, niemalże dosłownie “rzucają się w oczy” i nadają miastu specyficznego kolorytu.
Oferta jest bardzo różnorodna, począwszy od dzieł sztuki wykonanych w szkle – tych jednak bardzo pilnowano i nie pozwolono sfotografować – poprzez wszalakiego rodzaju wyroby kryształowe, na kolorowych szklanych figurkach skończywszy. Oto, co udało mi się utrwalić:
W minionym tygodniu miałam kilka spraw do załatwienia w Poznaniu, więc uznałam, że jest to okazja do zaglądnięcia na Śródkę. Byłam tam w środę, gdy padał śnieg i w czwartek, gdy słońce przeświecało delikatnie przez chmury. Miałam zatem okazję uwiecznić zakątki tej starej dzielnicy w zimowej szacie i jednocześnie zauważyć zachodzące tam zmiany, szczególnie odnowiony klasztor filipinów (opisany w poprzednim poście).


























































